ciąg dalszy ...

 

NSA nie zdołała wykryć i powstrzymać, mimo wielu oczywistych dowodów, majora Nidal Malik Hasana (z pochodzenia Palestyńczyka) z Fort Hood, niesławnego „żołnierza Allaha” (napis na jego karcie biznesowej) aktywnego na islamskich stronach internetowych, który zabił 13 nieuzbrojonych żołnierzy i zranił 32.  Podobnie NSA wykazała się niekompetencją w sprawie Tamerlana Carnajewa, który hulał po islamskich stronach internetowych i nawet w ubiegłym roku 6 miesięcy spędził na Kaukazie w towarzystwie bojowników islamskich.  Carnajewa dopiero rozpoznali w TV jego znajomi, nie NSA.  Potężna, wyfiokowana w podsłuchy jak kiedyś Stanisława Gierkowa w Paryżu na Sylwestra, NSA wykazała się swoją bezradnością...

 

Według Jeffa Session, republikańskiego senatora z Alabamy, ustawa emigracyjna (o której teraz głośno) otworzy drogę  dla ok. 46 milionów legalnych emigrantów (łączenie rodzin) w ciągu następnych 20 lat.  Senator podkreślił, że ustawa spowoduje obniżenie średniej zarobków w Ameryce i jeszcze bardziej obciąży budżet państwa udzielającego pomocy biednym, niewykształconym ludziom o znikomej znajomości języka, niezdolnym do czynnego efektywnego włączenia się w nowoczesną ekonomię.

 

Ustawa emigracyjna to szachowe zagranie lewackich demokratów przeciwko republikanom. Moim zdaniem demokratyczna wersja tej ustawy nad którą deliberuje teraz Senat przegłosuje projekt (demokraci mają większość w Senacie), który nie będzie miał szans i nie przejdzie w kontrolowanym przez republikanów Kongresie (jego niższej izbie).

 

Uważam, że dla demokratów to nie będzie miało większego znaczenia. Przecież nie chodzi tu o ustawę, chodzi raczej o temat na zbliżające się połówkowe wybory do Kongresu w 2014 r. i o okazję do oskarżania republikanów o wrogość, brak sympatii do latynosów. 

 

Celem demokratów  w nadciągających wyborach byłoby takie zohydzenie wyborcom republikanów, aby zdobyć również większość w Kongresie i do końca przeforsować ambitne plany Obamy mające raz na zawsze zmienić przyszłość Ameryki jaką jeszcze znamy...

 

Barack Obama  właśnie powrócił do Berlina gdzie przed 5 laty okrył się sławą “rock star” światowej klasy polityka mającego zmienić świat.  Tym razem jego wizyta miała dramatycznie inny przebieg.  W lipcu 2008 r. kandydatowi Obamie w Berlinie wiwatował 200,000  tłum.  Tym razem po licznych rozczarowaniach i aferach, bezpardonowym zabijaniu podejrzanych adwersarzy z dronów, słuchało go jedynie zawiedzionych 4,500 ludzi, wszyscy będący specjalnie zaproszonymi gośćmi, których grzeczne oklaski  mógł oglądać przez grubą kuloodporną szybę...

 Niestety nawet dla Europejczyków, Obama utracił blask, porywający płomień wielkości i wiarygodności lidera, płomień i moc Reagana i Kennedy’ego.  Obama jeszcze pełni urząd, ale dekoracje na jego szanse na wielkość wyniesiono już do przepastnego magazynu historii...

Jacek K. Matysiak